PROLOG
Poruszamy
się zbyt wolno, żeby nad tym nadążyć. Cokolwiek to jest z pewnością nie jest
samo – pomyślałem sobie. Ja, podobnie jak inni, straciłem już nadzieje na to są
to zwierzęta. Co chwila patrzyłem na krzaki obok, jakby coś miało z nich zaraz
wyskoczyć.
To… oczy…
Powiedziałem
to towarzyszowi obok.
-To
jednak prawda, że ludzie na wschodzie wariują – powiedział Aleks. Był on
trzydziestoletnim blondynem o brązowych oczach. No przynajmniej jednym, ponieważ
jedno jest całe białe. Mówi, że orzeł próbował mu je ukraść. Był teraz ubrany w
typowy zielono-błękitny strój, przygotowany na patrole. Mimo, że nie jest zbyt
wysoki to dobrze walczy.
Znam
go ledwo rok, ale już go polubiłem. Może jest trochę chamski, ale…
-Be hazer – wyrzucił z siebie Aleks, gdy
to coś na niego padło.
Rzucił
tym na bok, wyciągnął szable i szybko dźgnął nią w to coś. Przypominało to
trochę człowieka. Przynajmniej z postawy, bo było ubrane w jakieś szmaty, jeśli
nie obrażę tym stwierdzeniem szmat. Trzymało prymitywną włócznie, oraz robiło
więcej hałasu niż krasnoludzkie automaty z Trójszczytu. Stu ludzi niemal w tym
samym momencie przekręciło głowy w tą stronę.
Usłyszałem
podobny krzyk w paru innych miejscach, tylko z tamtymi mieszały się też
ludzkie.
To
zasadzka – stwierdziłem jak głupi.
Wyciągnąłem
szybko szable i zacząłem się rozglądać dookoła. Aleks wyciągnął dodatkowo
rewolwer, a niektórzy dopiero teraz orientowali się, w tym co się dzieje.
Otaczali nas zewsząd, oraz mordowali nas bez większego trudu.
Nie
mamy szans – pomyślałem, gdy wbijałem szable w brzuch jednego z tych stworów.
Starałem się pozabijać tylu ilu mogłem. Jeśli to może umrzeć.
Widziałem
coraz więcej trupów moich towarzyszy. Zbieraliśmy się na okolicznym wzgórzu. Ci
którzy tam byli jakoś przeżywali. Dobiegłem tam jako jeden z ostatnich.
Gdy zostało nas
około trzydziestu, zaczęli się wycofywać. Ledwo ostatni zniknął mi z oczu, a
usłyszałem krzyk.
-Zbierać się, khazi kha. – krzyczał Thomas – Cokolwiek
to jest, na pewno wróci. Wracamy!
Nie musiał tego
mówić, bo i bez tego byśmy poszli. Spojrzałem jeszcze za siebie. Ostatnie
stworzenia zanurzały się do lasu, ale jedno stało na jego skraju. Było
czerwone, ale nie od krwi. Były to jego szaty. Miał na ramieniach płaszcz, oraz
przypięte do pasa dwie szable.
-Oscar? – spytał
mnie głos z tyłu. Nie odwracałem jednak wzroku od tej postaci – Zostaw je.
Chodź – dalej nalegał.
Odpuściłem, ale nie
przez głos, a przez… przez te stworzenia, które się podnosiły, a następnie
ruszały biegiem w naszą stronę.
EDWIN
-Wzywałeś
mnie panie? – spytałem gdy przeszedłem przez drzwi i je za sobą zamknąłem.
-Gdybym
nie wzywał byłbyś tutaj? – odpowiedział mi pytaniem.
Siedział
na krześle z ciemnego drewna, które stało za niewielkim stołem z rzeźbionego
kamienia, z pozłacanymi elementami. Stał na nim dzban z winem, oraz dwa,
srebrne kielichy do niego. Ściany z pokoju były wykonane z –typowego dla tego
piętra- jasnego, brzozowego drewna, natomiast podłoga z kamiennych cegieł, ale
są one przykryte czerwonym dywanem, na którym przedstawiono historie Linthina
I.
-Więc
po co mnie wzywałeś królu? - spytałem
go.
-Siedem
lat temu zasłynąłeś podczas buntu na południu. Broniłeś przeprawy na rzece
mając tylko siedem tysięcy ludzi, w tym wielu rannych, natomiast wrogów było
prawie trzydzieści tysięcy, ale to cię nie zniechęciło, bo utrzymywałeś się tam
przez dwa tygodnie, odpierając szturm za szturmem – tutaj przerwał na chwile –
Potem mając ledwo pięć pułków zdobyłeś stolicę buntowników i broniłeś jej przez
kolejne trzy tygodnie. Inni dowódcy wciąż walczyli na pograniczu, a ty
odbudowywałeś moje wpływy w stolicy regionu. Czekałeś przez dwa miesiące w
tamtym cholernym pałacu posiadając ledwo trzy pułki i właśnie wtedy pierwsi
dowódcy przekraczali pogranicze.
-Dziękuje,
ale nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Mógłbyś mi wyjaśnić? – zapytałem
po chwili trudnej ciszy.
-Przez
pół roku wykazałeś się wielkim talentem dowódczym, oraz pokazałeś, że nadajesz
się na władcę. Chciałem cię mianować na Wielkiego Hetmana Południowej Ziemi,
ale wtedy straciłbym najlepszego dowódcę w kraju.
-Więc?
– spytałem go gdy nie dał jasnej odpowiedzi.
-Co
sądzisz o pomyśle Derali Gori Helede? –odpowiedział pytaniem.
-Milion
za sto FeFenzirów? Rozumiem że byłyby doskonałą bronią, ale to chyba za dużo.
Skarbiec byłby pusty przez dobre dwa miesiące, a niejeden naród czeka tylko na
nasz brak pieniędzy lub wojnę. Gdyby ta wieść się rozeszła większość naszych
sąsiadów rzuciłaby się na nas. Ale z drugiej strony, potężna broń, która jest
produkowana tylko przez nas. Z czasem znalazłoby to zastosowanie w stronie
cywilnej, jako pojazdy to transportu. Moja decyzja się nie zmieni, to mądra,
długoterminowa taktyka.
Zaczęła
się dosyć niezręczna cisza. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy co teraz
powiedzieć. Ja przez to, że nie wiem co on o tym sądzi, a on przez to, że
analizuje to wszystko.
-Dziękuje.
Proszę Cię byś powiedział komuś żeby oni do mnie przyszli. Potem przygotuj się
do wyjazdu – powiedział w końcu.
-Jakiego
wyjazdu? – spytał, już stojąc.
-Wysyłam
Cię do Harrens, mianując Namiestnikiem Wschodniej Prowincji. Chcę żebyś wyprostował naród półelfów, który
tam mieszka. Ludzie zmieszali się tam z elfami, nie tak jak chcieli moi
przodkowie. Możesz zabrać tysiąc ludzi, czy masz jeszcze pytanie?
-Nie
Wielki Królu, nie mam.
THOMAS
-Jeśli
się zaraz nie zatrzymamy zginiemy nie z rąk tego czegoś, a z wycieńczenia,
głodu i pragnienia – mówił mi Filip.
Spojrzałem
na niego jak na kogoś z upośledzeniem umysłowym. Zresztą coraz bardziej
myślałem, że on taki jest bo dzisiaj mówi mi to po raz czwarty. Ale nic nie
powiedziałem, z przyczyny oczywistej - brak sił.
Sądziłem
że za jakąś godzinę znów mi to powie, ale zacząłem się gubić z tym czasem. Sam
już nie wiem czy uciekamy przed tymi istotami dzień, tydzień czy rok. Wiem
jedno, za tą rzeką będziemy bezpieczni… ale już dlaczego to nie wiem.
EDWARD
Obserwowałem
z wieży mostowej jak po drugiej stronie rzeki, w świetle tysięcy ognisk malują
się także tysiące zielono-błękintych plam. Od tygodnia te plamy przypuszczają
na mnie szturm, a ja wciąż się bronię moimi marnymi trzema tysiącami. Wątpię
czy kiedykolwiek przejdą przez tą rzekę.
-Kapitanie,
narada się zaczęła – powiedział głos zza moich pleców.
Obróciłem
się w jego stronę. Był to zwykły żołnierz, ubrany w niebieski mundur z sokołem
Falconów na piersi. Przy pasie miał z jednej strony szable, a z drugiej nóż, natomiast
przez ramię przewieszony muszkiet, a na plecach pewnie też plecak z amunicją.
Na głowie powinien mieć półhełm, ale z jakiegoś powodu go nie miał. Po odznace
wiedziałem, że jest on artylerzystą, ale mimo to jego ubiór był lekko nadszarpnięty.
-Dziękuje
– odpowiedziałem i zszedłem z wieży.
Rada
miała się odbyć w Wielkiej Sali, a przynajmniej w tym co z niej zostało. Ja
jako główny dowódca muszę się tam zjawić, a oprócz mnie pojawi się dwóch
oficerów i paru sierżantów. Mała armia, dużo dowódców, na każdego sierżanta
przypada stu ludzi, a powinno tysiąc.
Po
drodze przechodziłem obok koszar, gdzie odpoczywała moja mała armia, a mimo że
wróg nie jest w stanie zdobyć tej twierdzy, a raczej jej ruin, to wielu jest
rannych, a i bez trupów się nie obeszło, choć było ich tylko kilku.
Drzwi
otworzył mi jakiś rekrut, a w środku siedzieli już chyba wszyscy. Podszedłem do
swojego krzesła i zauważyłem, że wszyscy stoją.
-Siadać
– powiedział krótko. Nienawidzę gdy traktują mnie jak jakiegoś boga. Może i
byli trochę zakłopotani, ale usiedli.
-Wszyscy?
– spytałem, gdy dostałem odpowiedź zacząłem. – Kończy się nam amunicja,
żywność, oraz ludzie.
-Ludzi
straciliśmy dwóch – powiedział jeden z zebranych.
-O
dwóch za dużo! – wykrzyczałem
Popatrzeli
na mnie jak na wariata. Zresztą co się im dziwić, przecież dla każdego dowódca
strata dwóch ludzi to nie tragedia, ale nie dla mnie. Ja szanuję i dbam o życie
moich ludzi… i przez to jestem niedoceniany przez ojca.
-Wiesz,
że Seventowie stracili jakieś trzy tysiące? – spytał mnie oficer John, a był on
moim najbardziej zaufanym człowiekiem w tej okolicy. Miał on kruczoczarne włosy
z zielono-brązowymi oczami, wyróżniał
się spośród innych oficerów, oraz sierżantów, że nie posiadał wielu odznak,
pomimo swoich umiejętności strategicznych.
Sam
nieraz staram się o odznaki dla niego, ale ani mój ojciec, ani brat tego nie
chcą, a usprawiedliwiają się tym, że John jest nisko urodzony i nie ma nawet
nazwiska rodowego, ale myślę, że tu bardziej chodzi, o to że to ja mu dałem
tytuł oficerski, bez ich zgody.
-Wiem
i uważam to za zbyt małą ilość strat u wroga, przy naszych– odpowiedziałem mu.
-Już
wiem dlaczego nie dają mu armii – usłyszałem cichy głos gdzieś w kącie.
Sprawdziłem
kto to mówił i do kogo, lekko zerkając jednym okiem, udając, że nic nie
słyszałem. Był to Harry Perker, czterdziestoletni blondyn o błękitnych włosach,
ale do kogo mówił, nie jestem w stanie stwierdzić.
-Sierżancie
Perker, jeśli nie możesz pojąć czemu najlepszemu dowódcy w kraju nie dają armii
musi być z tobą naprawdę źle – powiedział mu John, ale mimo że był po mojej
stronie, czułem że to nie do końca prawda.
-Ale
oficerze, ja nic takiego nie mówiłem – próbował się usprawiedliwiać.
Zarówno
w jego głosie, jak i jego oczach nie było pewności. John też to czuje.
-Jakbyś
miał choć trochę honoru to byś się przyznał, do błędu i błagał o wybaczenie –
mówił John.
-Jasne,
wybacz jaskółko, że mówię o tobie prawdę - powiedział z irytacją Harry - a ty
ptaszku pamiętaj o ruszaniu skrzydłami – dodał z chytrym uśmieszkiem.
Nazwał
mnie jaskółką, ze względu na moje podobieństwo do matki, która była z rodu
Erlenów, która miał właśnie jaskółkę w herbie. Ptaszkiem nazywa się ludzi
Falconów, a to żeby nie zapomniał o ruszaniu skrzydełkami, to pewnie dokuczanie
mu z powodu szybkich awansów.
Niektórzy
sądzą, że dostaje je przez jego romans ze mną, co jest oczywiście fałszem. Miałem
nadzieję, że się powstrzyma i na niego nie rzuci. Gdyby nie Jon, który ich
powstrzymał pewnie by go zabił. Zaraz do rozdzielenia ich doszli inni. Walka
zaczęła istnieć nawet wśród tych, którzy chcieli tylko pomóc.
-Dosyć!
– krzyknąłem, a wszyscy obrócili głowy w moją stronę po czym znów zaczęli
szarpaninę – Jeśli się zaraz nie opanujecie jutro użyję was jako kul armatnich!
Tym
razem zadziałało i się uciszyli, ale wiedziałem że nie na długo.
-Odejść
– powiedział już spokojniej.
Gdy
John próbował odejść powiedziałem:
-Ty
zostajesz.
Wykonał
moje polecenie i gdy ostatni wyszedł chciał zamknąć drzwi.
-Zostaw,
pójdziemy w inne miejsce – powiedział.
Kiwnął
tylko głową na znak, że się zgadza i poszedł za mną, a sprowadziłem go do wieży
bramnej. Lubiłem to miejsce, bo stąd świetnie widać drugi brzeg rzeki, gdzie
stacjonuje dwudziestotysięczna armia Seventów.
Właściwie
to ten fort był tylko długim murem nad rzeką, ale zadanie tego muru było
ogromne, gdyż broni on „jedynego” mostu na Leoanie, rzece która jest tak jakby
wielką fosą broniącą Falcon Town, siedziby mojego rodu.
Ojciec
uważał, że utrzymanie się tutaj jest niemożliwe, więc postawił mnie jako
dowódcę garnizonu i dał trzy tysiące ludzi, którzy w większości byli rekrutami.
A
ja mu dałem czas na ewakuację cywili, zebranie wojsk i zapasów, oraz solidne
okopanie się w mieście, a w ewentualności – na wyspie. Dałem mu powód, że
jednak nie jestem nieudacznikiem.
-Wiesz,
że w końcu ściągną tutaj posiłki? – spytałem po chwili cichego siedzenia i
obserwowania horyzontu.
-Zdaję
sobie sprawę, kapitanie. Wiem, że musimy tutaj zginąć, bo plan nie zakłada
odwrotu, a walkę do końca.
Jeszcze
raz spojrzałem na horyzont. Wiedziałem, że gdzieś tam maszeruje kolejna taka
armia, ale już nie tylko Seventów, ale też Lensterów i Landknehtów, a także
wielu innych mniejszych rodów. Jeśli połączą się z tą armią przegramy
bezsprzecznie. Chyba, że…
-Za
ile mają wrócić zwiadowcy? – spytałem szybko.
-Nie
wiem, ale w przeciągu dwóch dni powinni – odpowiedział mi – Przecież to nic nam
nie da, dowiemy się tylko kiedy umrzemy…
-Nie.
Dowiemy się kiedy musimy stąd odejść.
THOMAS
Przeszliśmy
przez rzekę, a nawet ukryliśmy się między drzewami, ale wciąż sprawdzałem czy
nas nie gonią. Z tamtego lasu uciekło nas prawie pięćdziesięciu, a jest teraz
nawet nie dziesięciu, bo zaledwie sześciu.
Oczywiście
ja, a także Kasper – trzydziestosześcioletni brunet, z jasno zielonymi oczami,
był on kiedyś medykiem polowym, więc to żeby przeżył leży w naszym interesie,
bo jako jedyny z nas wie jakiej rośliny użyć do jakiej rany, a także wie co
można zjeść, żeby jutro znów się obudzić.
Dalej był Stary
Bill, właściwie to nie jest on stary, bo ma jednak dwadzieścia siedem lat, ale
nazywamy go tak, ponieważ dał swojemu
synowi takie samo imię, chociaż może jego siwe włosy nadały mu ten przydomek.
Był dobrym żołnierzem, a dokładnie strzelcem.
Najbardziej
polegałem jednak na Oskarze Manderlo – dwudziestosiedmioletnim blondynem, o
czerwonych oczach, jak niektórzy mówią - oczach władcy Trzynastego Kręgu
Cierpienia. Jestem do niego przywiązany, bo razem wstąpiliśmy na służbę
wojskową i był moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Jest także najlepszym
szermierzem jakiego znam.
Polegałem też na
czterdziestodwuletnim zwiadowcy o imieniu Kunik, a przez swój wiek, dawniej
kruczoczarne włosy ustępowały białym nitką. Był ślepy na jedno oko, ale to nie
przeszkadzało mu w byciu świetnym zwiadowcą.
A ostatnim ocalałym
był trzydziestodwuletni brunet o niemal złotych oczach i uśmieszkiem, który
stwarzał dziwny… czy ja wiem? Strach… Miał na imię Artur, a jego nazwiskiem
rodowym było Lin. Takie samo jak nazwisko pierwszych władców Lintherinu, a on
był ostatnim znanym i pewnym jego członkiem.
Po chwili Kunik
krzyknął, że oni są po drugiej stronie rzeki. Szybko się zerwaliśmy z miejsc.
Spojrzałem jeszcze na Artura, którego uśmieszek mógł mówić, że to on ich tu
nasłał. Szybko uciekliśmy z tego miejsca, ale tylko chwilę później zaczęliśmy
słyszeć galop koni. Mieliśmy o tyle łatwiej, że byliśmy w lesie, bo w takim
miejscu łatwiej jest biec niż jechać.
-Jaskinia. Szybko!
– krzyknął Kunik. Czasami mi się zdaje że na starość zmysły się wyostrzają.
Ukryliśmy się tam,
a stukot kopyt ucichł. Siedzieliśmy w ciszy jeszcze chwile, dla pewności.
-Może poczekamy
tutaj dłużej – zaproponował Oskar.
To mądra decyzja,
ale jednocześnie głupia, może nic nie wskazuje, że mieszka tu jakieś zwierze,
ale jednak istnieje zagrożenie,, którego nie mam zamiaru podejmować. Tak samo
myślał Kunik i Kasper, a Staremu Billowi wszystko obojętne, bo on chce po
prostu jeszcze pożyć.
Był już wieczór, a
teraz ciemność, jest dla nas zbawieniem i zgubą. Chociaż bardziej upierałbym się
przy tym drugim, to że my nie widzimy w ciemnościach, nie oznacza, że oni też.
Mamy wystarczająco
jedzenia, a i tak będziemy je bardzo oszczędzać, ponieważ czasu na polowanie
będzie mało. Chyba że szybciej skończy się nasze życie niż zapasy.
Podróżowaliśmy w
ciągłym strachu przez całą noc, a przynajmniej do momentu kiedy nogi nam
jeszcze działały. Gdy pierwszy z nas padł na ziemie, postanowiliśmy zarządzić
postój. Sądziłem że gdy się obudzimy, już nie będę żył, ale jednak.
Wziąłem jakiś patyk
i starałem się narysować mapę na piasku, ale niezbyt się udawała. Na dodatek,
gdy jako tako byłem już w stanie rozpoznać co jest gdzie, to on po prostu
musiał.
-A co to za
rysunki? – spytał mnie Artur przechodząc przez nią. Myślałem, że go uduszę,
niemal się na niego rzuciłem, ale jakoś się opanowałem. Z trudem, ale jednak.
-Ty… ty –próbowałem
mówić.
-Ty… Co? – zapytał
mnie ze swoim uśmieszkiem. Jeszcze te jego złote oczy.
Chciałem wyciągnąć
szable, ale już nie względu na Artura, a na to co stało za nim.
EDWIN
Poprzez narzucenie
szybkiego tempa byliśmy już w połowie drogi do Harrens, a minęły dopiero dwa
tygodnie. Co jak co, ale pół tysiąca ludzi nie porusza się tak jak jeden i
trochę nam to zajmie.
Dziwnie się czuje
podróżując w tak małej, a jednocześnie tak dużej kompanii po Wielkich
Równinach, czyli najniebezpieczniejszym regionie Lintherinu. W tej porze roku
kręci się tu pełno ludzi, więc łatwo na kogoś napaść, a możnowładcy tej krainy
nie mają zamiaru użyczać chłopstwu straży. Co jest oczywiście ogromnym błędem,
przez to że właśnie stąd pochodzi większość żywności najpotężniejszego imperium
cywilizowanego świata.
Chciałem
oddelegować część moich ludzi do ich ochrony, ale powstrzymywali mnie moi
oficerowie. Mówili, że to nie w naszym interesie leży ich bezpieczeństwo, a
zwłaszcza że sami potrzebujemy ochrony. Jakoś się na to zgodziłem, ale
obiecywałem chłopstwu, że dostaną ochronę wcześniej czy później, ale dostaną.
Większość domostw w
tym regionie była zbudowana z drewna, oraz cegieł, choć nie wiem czy to naprawdę
były cegły. Dach był zrobiony ze słomy, ale gdzieniegdzie także ceglany. Zdecydowanie
najuboższy region tego potężnego cesarstwa. No, nie licząc kolonii za morzem.
Ale
na szczęście za pięć dni powinniśmy zostawić go za sobą i wejść na Wschodnia
Prowincję, piękną krainę z wieloma lasami i rzekami. Właśnie tam znajduje się
cel naszej podróży, czyli Harrens. Nigdy tam nie byłem, ale o nim czytałem, więc
wiem czego mógłbym się tam spodziewać i oprócz Derali Gori Helede, nie ma tam
raczej nic ciekawego.
Nim
to jednak nastąpi miną pewnie dwa następne tygodnie
SANNIS
Z
góry Czarnej Baszty doskonale było widać całe miasto i jego okolice. Zawsze tu
będąc byłem spokojny, ale oczywiście ktoś musiał to przerwać. Szybko i głośno
otworzył drzwi, dając mi znak o swojej obecności.
Odwróciłem
się w jego stronę. Był ubrany w szmaragdowy mundur wojskowego, a po braku
odznak sugeruję się tym, że jest zwykłym rekrutem, który zapewne jest
wykorzystywany w postaci marnego posła. W naszym wojsku panują surowe zasady, ale
są też mniej okrutne, jak przycinanie ludzi na krótki włos.
Przy
sobie miał tylko miecz, więc nie dali mu nawet tarczy, lub łuku i strzał. Bieda
tego kraju jest niemożliwa, patrząc trochę na wschód do Republiki Alibamy. Tam nawet najbiedniejsi
ludzie mają własne straże domowe złożone z dobrze wyszkolonych najemników,
często właśnie stąd.
-Lordzie
– zaczął mówić ze strachem. Już wiedziałem po co przyszedł.
-Wyjdź
– powiedziałem – I przekaż mu moją opinie.
Wyszedł
niemal tak szybko, jak wszedł, ale już o wiele ciszej. Nie wiem co próbował tym
na początku osiągnąć.
Jeszcze
raz popatrzałem na Błotnistą Zatokę, tak został nazwany najbogatszy region z
tego całego ubóstwa… i to mi przypadł zaszczyt zostanie jego władcą. Od siedemnastu
lat staram się naprawić beznadzieją sytuację, ale to niemożliwe. Trzy tysiące
lat bezkrólewia całkowicie nas zniszczyło, a chłopi zdążyli się przyzwyczaić do
ucieczki stąd gdy tylko jest to możliwe.
Mamy
wiele ziem, ale nie mamy rąk do jej uprawy, ale on obiecuje, że to zmieni. Chce
w to wierzyć, ale to teraz naprawdę niemożliwe. Nieważne jak bardzo by się
starał ten kraj już upadł i nie ma dla niego ratunku.
Możnowładcy
już od dwóch tysiącleci sprzedają ten kraj sąsiadom, a prości ludzie zaciągają
się jako najemnicy w armiach naszych wrogów. Złoto jest mniej warte niż
bochenek czerstwego chleba, a świeży jest przeznaczony tylko dla tych
najbogatszych, czyli też mnie.
Jednak
robienie głupot, które mogą się udać jest lepsze niż nie robienie nic. Z innej
strony zabieranie już nielicznych rąk do pracy i dawanie ich do wojska może być
jeszcze głupsze.
Widziałem
stąd jak nieliczni chłopi, którzy jakoś tu zostali ciężko pracują przy naprawie
bramy, która zawaliła się dwa księżyce temu. Jest tu nas tak mało, że nie mamy jak
załatwić tak ważnych spraw.
Popatrzałem
na las, który spłonął rok temu przez małą liczbę ludzi, a także na od dawna
nieużywany port w którym jest zwodowanych dwanaście fregat, albo ich wraków.
Mury miejskie nie byłyby wstanie ochronić jego mieszkańców, zarówno przez
liczne dziury, jak przez nieistniejący garnizon.
Dać
mu ludzi, czy nie? To pytanie nieprzerwanie nurtuje mnie od jednego księżyca,
kiedy to po raz pierwszy zjawili się jego ludzie. Wciąż dawałem niejasną
odpowiedź, że jestem lojalny wobec królestwa i korony, ale on nie był królem, a
to nie było królestwo.
Wobec
czego mam być lojalny, jak nie mam komu? Sprzedać swe ziemie sąsiadom i mieć
nadzieję na lepsze jutro? Może spróbować walczyć tak jak on mnie prosi? Zbyt
dużo pytań, za mało odpowiedzi.
Zszedłem
ze szczytu wieży do swojej samotni, by jeszcze raz przejrzeć rachunki i listy. Większość
to zwykłe skargi na niekompetentny rząd, czyli mnie. Ostatnio jedyne co mnie
dziwi to skąd chłopstwo umie pisać.
Chodziłem
po samotni, mając nadzieje, że uda mi się coś wymyślić, ale niestety to nie
przychodziło zbyt łatwo. Wiem, że z samymi kobietami dalibyśmy radę stać w
miejscu, ale mi chodzi o to byśmy się rozwijali.
Nie wiem nic i nie jestem w stanie tego
zmienić. Podobnie jak nie mogę odbudować nieistniejącego kraju. Muszę odpocząć
i później się tym zajmę.
EDWARD
Pomimo
tego, że po murze biegało setki moich żołnierzy było tutaj bardzo pusto.
Zwiadowcy nie wrócili a wróg dostał posiłki i zaopatrzenie, więc postanowił nas
szturmować po raz kolejny, ale tym razem mogą wygrać. Mam honor, więc ja się
nie poddam… ja nie, ale moi ludzie mogą otrzymać ostatni rozkaz z moich ust,
który każe im się przegrupować poza fortem.
Wysłałem
paru jeźdźców, którzy zwołali wszystkich oficerów, na ostatnią naradę w czasie kolejnego
szturmu. Sam też muszę się tam zjawić, dlatego schodzę z murów, widząc jak
kolejne pociski wroga starają się trafić w odpowiednie miejsca, a to było
trudne ze względu na względnie duże odstępy między stanowiskami artyleryjskich.
Już
wcześniej mieli dwukrotną przewagę ogniową, ale teraz mają czterokrotną, więc
jakoś co trzydziesty pocisk trafia tam gdzie ma. Mieliśmy mały medyków, jeśli
można ich było tak nazwać, ponieważ tak naprawdę nie mieli żadnego
doświadczenia w tym co robili.
W
końcu jednak doszedłem do sali gdzie zwołałem swych oficerów. Tym razem sam
otwierałem te drzwi, ale mi to odpowiadało. Przez to że jestem szlachcicem
wszyscy chcą mi usługiwać i wkupić się w łaski mojego domu, ale nic im nie
wychodzi, bo ojciec mnie nie cierpi, więc ich starania są na nic.
Spojrzałem
na nich wszystkich. Wszyscy byli mi bardzo lojalni, mimo że wiedzieli iż będąc
tu w końcu zginą. Wielu z nich stało się moimi przyjaciółmi, więc trudno mi to
przychodziło, ale nareszcie się zebrałem i wszystko im powiedziałem.
-Najpierw
chciałbym wam podziękować, za to że nie uciekliście, a wierzyliście w naszą
sprawę i moje umiejętności dowódcze, ale dzisiaj musimy się rozstać. Nie chcę
żebyście tutaj zginęli a tym bardziej w niewoli. Wiem też że ucieczka i
dezercja to wielka plama na honorze, więc chce wydać wam ostatni rozkaz. Zabierzcie
swoich ludzi i odejdźcie stąd jak najdalej. Ja się poddam.
Niektórzy
patrzeli się na mnie jakbym zwariował, co było dla mnie dosyć pewne, ale było
też paru takich którzy jakby czekali aż to powiem. Wiedzą, że nie zostaną
obwinieni za ucieczkę, bo wykonywali ostatni rozkaz szalonego kapitana, a
gdybym ja to jakoś przeżył i stanął przed swoim ojcem to zostałbym pozbawiony
głowy… przez własnego rodziciela.
Pierwszy
odezwał się John, czyli mój jedyny prawdziwy przyjaciel
-Nie
możesz, przecież bez ciebie nie mamy najmniejszych szans na zwycięstwo.
-Jeśli
umrę to nie macie szans, ale jak przeżyje to jakieś są. Dlatego chce się poddać
–wytłumaczyłem mu. On jednak z pewnością nie jest głupi i wie że mogę uciekać z
nimi, ale reszta nie powinna się zastanawiać. Przynajmniej tak mi się zdaje, bo
od paru tygodni ja za nich myślę, więc może jeszcze nie zaczęli używać swoich
głów, albo nie zaczną teraz.
-Odmaszerować
i odejść – powiedział i sam szybko wyszedłem. Wcześniej zebrałem dwudziestu
ludzi którzy poddadzą się razem ze mną, mam tylko nadzieję że nie zechcą ich
zabić.
Szybkim
krokiem poruszałem się w kierunku wieży bramnej, by stamtąd obserwować koniec
tej bitwy, ale gdy próbowałem wyjść z budynku zadali mi ostatnie pytanie.
-Dokąd
mamy uciec? – spytał John
-Sam
wiesz gdzie – powiedziałem mu z nadzieją, że zrozumie.
Wyszedłem
z komnaty tylnymi drzwiami i skierowałem się do wyznaczonego wcześniej celu,
ale gdy tylko wyszedłem na główną ulicę usłyszałem głos, który do mnie mówił.
-Zatrzym
się, odepnij pas z szablą i połóż go na ziemi – kazał mi, więc z całą pewnością
za późno dałem rozkaz…
JOHN
Założyli
mi opaskę na oczy, więc z początku nic nie widziałem, czułem jednak, że
prowadzą nie tylko nas, a całą armię. Błędem było nie zostawiać żadnych
dowódców na murze.
Po
jakimś czasie rzucili mnie na kolana i zdjęli mi opaskę z oczu jednak ręce
dalej miałem związane, a broni mi nie oddali, ale to było oczywiste. Byłem na
placu przed bramą i mostem na drugą stronę, a razem ze mną setki innych
żołnierzy.
Obok
mnie dali kolejnego człowieka, ale nie zwykłego bo samego kapitana Edwarda
Falcona.
-To
był błąd – powiedział, gdy zorientował się że jestem obok.
-Za
który pewnie zapłacimy życiem – dopowiedziałem.
Rozglądałem
się czy jest jakaś szansa by stąd uciec. Niby była, bo na każdego wrogiego
żołnierza, przypadało co najmniej pięciu naszych, ale jest ich jeszcze więcej
tutaj i po drugiej stroni. Przynajmniej tak mi się wydaje.
-Wiesz
co się stanie jak zginiesz? – spytałem kapitana.
-Mój
ojciec przegra. Tak wiem o tym, że nie mamy szans, ale nawet ze mną są one
niewielkie. Wiesz, że buntowników jest z dnia na dzień coraz więcej, a siły
lojalistów się wykruszają. To przykre, ale prawdziwe – odpowiedział mi.
Jest
inny od ojca czy brata. To on jest sokołem, a nie oni i to on jako jedyny
zasługuje na tron. Nie tylko na ten rodowy, ale i całego Imperium. Jednym z
dobrych argumentów jest to że jako pierwszy od czterech tysięcy lat ma
kruczoczarne włosy i zielone oczy. Symbol rozpoznawczy dla Falconów z dawnych
lat kiedy byli królami, a nie książętami.
Wtedy
to sokoły zaczęły się wiązać z smokami, wężami, czy krukami, żeby wkupić się w
ich łaski i dostać jakiś sojuszników na wypadek rebelii, które w tym kraju
wybuchały bardzo często, ale żadna nie zadała takiego ciosu jak aktualna, a to
dopiero początek i będzie więcej ofiar, oraz zniszczeń.
-Kiedy?
– spytałem go czytając mu w oczach.
-Wczoraj,
dwudziestu ludzi z najszybszymi końmi w obozie. Myślę, że to im pomoże.
Przewidział
to. Albo się ubezpieczał. To jest teraz mało ważne, dobrze że to zrobił, bo
mogłoby się to skończyć gorzej, a tak mają czas by uciec z miasta… Tylko gdzie?
Mogą do Czernigrodu Emprów, ale tam nic nie jest pewne, a bezpieczniej by było
w Złotej Przystani Goldów, ale nie mamy tam wielu przyjaciół. Inną opcją jest
Dorzecze Karlych, ale jest ono zagrożone atakiem z trzech stron, więc łatwo
zmienią stronę.
Tylko
Stary Sokół jest zbyt głupi by zrozumieć, że coś nam może tam grozić i przyjmą
nas z otwartymi ramionami, bo potrzebują żołnierzy, ale chłopstwa już nie… Nie
mogą ich zabić, a z pewnością nie podczas wojny.
Mogę
wytwarzać broń, albo orać pole, lub nawet wstąpić do wojska. Jest dla nich
wiele zajęć… ale nie w oblężonym mieście. Tam czeka ich śmierć od broni, albo z
głodu. Lord Falcon nie jest, aż tak głupi by tam płynąć.
Z
jakichś pięciuset naszych ludzi, ciągle było wyprowadzanych paru, a następnie
byli wprowadzeni, ci których zabrali wcześniej, ale nie zawsze w takim stanie w
jakim byli przedtem. Z pewnością ich przesłuchują.
Gdy
przyszło tutaj trzech żołnierzy przez moment się nad czymś zastanawiali.
-Ten
jest sokołem – powiedział, który pewnie był kimś wyższą rangą. – Bierzcie go.
Sądziłem,
że wezmą Edwarda, ale zamiast tego podnieśli z klęczek mnie. Czy są aż takimi głupcami, że nie mogą
rozpoznać jednego z najbardziej znanych ludzi po tej stronie Imperialnego Morza?
Mimo
to nic nie mówiłem, a wymieniłem się spojrzeniem z prawdziwym sokołem.
Po
bokach miałem po jednym strażniku, natomiast za mną szedł jakiś podpułkownik,
który trzymał podniesiony rewolwer, celujący we mnie. Zaprowadzili mnie do
lordowskiej samotni, a raczej do budynku, który był nią jak jeszcze był tu lord
kasztelan, oraz kiedy to miejsce było wiecznie obsadzone.
Do
środka, razem ze mną wszedł podpułkownik, ale nawet on nie wszedł do samej
samotni, gdzie prawdopodobnie oficer, lub generał sprawdzał papiery. Ręką
nakazał mi usiąść, ale nic nie mówił. Nawet nie podniósł oczu by zobaczyć kto
wszedł.
-Powiedz
mi Edwardzie, jak mogłeś się tutaj utrzymać mając ledwo pięciuset ludzi, przez
ponad półtorej miesięcy? – spytał po chwili, nie odrywając wzroku od papierów.
Czyli
dał radę, a przynajmniej w połowie, ale kto wie, jakie ma jeszcze sztuczki w
pogotowiu.
-Jestem
wybitnym strategiem – odpowiedziałem, mając nadzieję, że nie połapie się kim
jestem.
-Tyle
też wiem, ale nie mogę zrozumieć jak pięciuset ludzi, mogło odpierać szturmy
dwudziestotysięcznej armii – powiedział generał. To pewne, że to on dowodził
ostatnim szturmem. Jest z siebie bardzo zadowolony.
-Pańscy
poprzednicy nie byli tak kompetentni jak pan – wyjaśniłem, starając się mu
podlizać i uśpić jego czujność.
Znowu
zamilczał i zapatrzył się w raporty. Pewnie miał nadzieję, że zobaczy coś co
potwierdzi, że nie było nas tutaj pięciuset, a dziesięć- dwadzieścia- tysięcy.
Nic jednak nie znajdzie, bo wszystkie raporty były kłamane. Falconowie byli
kiedyś geniuszami strategii, a Edward przywrócił tą tradycje po
wielopokoleniowej przerwie.
Nic
nie mówił, więc rozejrzałem się po komnacie, a była ona w większości pusta. Gdy
wchodziło się do środka, po lewej stronie była szafa z raportami, a na
centralnie na środku była ława, za którą siedział ten generał, a ja naprzeciw
jego.
Widziałem
też rewolwer na stoliku obok regału. Strzał byłby jednak zbyt głośny i szybko
by mnie znowu złapali, zresztą żywy jest więcej wart. Wystarczy tyko poczekać
aż ruszą na Falcon City. Jeśli Edward naprawdę się postarał i nikt się nie do
wie o pozostałych.
-Możesz
iść – powiedział w końcu – Przynajmniej na razie.
Ne
mu nie odpowiedziałem, tylko wstałem i wyszedłem z pokoju. Odprowadzono mnie z
powrotem na plac, gdzie czekał razem z innymi. Byli na tyle dobrzy, że dali nam
wieczerze, podczas gdy sami ją jedli, więc mogliśmy trochę swobodniej
rozmawiać.
-Spełniłeś
swoje zadanie – powiedział mi Edward siadając obok, z miską owsianki w ręku.
Spojrzałem
na niego ze zdziwieniem, bo nic mi wcześniej nie mówił o jakimś zadaniu. Jednak
nim zadałem pytanie, znowu się odezwał.
-Mam
teraz nowe. Domyśliłeś się, że musisz udawać Edwarda Falcona? Nie odpowiadaj –
dopowiedział nim zdążyłem coś powiedzieć – Musisz udawać jak najlepiej, a
zwłaszcza przed moim ojcem. Będą chcieli za Ciebie okup, a jak dobrze pójdzie
to pojawisz się nie przed nim tylko przed moim bratem. On zrozumie, więc się
nie martw, gorzej jeśli to ojciec będzie wymieniał „mnie” na okup.
-Przecież
on Cię zna – powiedziałem, dziwiąc się, że to przeoczył.
-No
właśnie. Będzie niepewny do mojego planu… istnieje też ryzyko, że nie będzie
chciał mnie odzyskać. Inni lojaliści wtedy uderzą i będą mnie chcieli, jako
dowódcę do armii. Zdajesz sobie z tego sprawę?
-Tak,
niestety. Jednak ciekawi mnie co ty będziesz wtedy robił?
Na
chwile zamilczał, już zacząłem myśleć, że o tym nie pomyślał, ale jednak się
odezwał.
-Dobre
pytanie, na które chciałbyś znać odpowiedź. To jednak nie czas na to. Obiecuję
ci jednak, ze kiedyś się dowiesz.
Powiedział
to w taki sposób, że już nie drążyłem tematu, a w spokoju jadłem to co nam
dali. Gdy Edward wstawał powiedział mi tylko:
-Kiedyś
się jeszcze spotkamy. Kiedyś…
Ani
tego dnia, ani następnego go już nie widziałem. Potem zabrali mnie razem z
armią, by ewentualnie wymienić mnie kiedyś za okup.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz