poniedziałek, 2 listopada 2015

Fragment nr. 1 pod. 2

Witajcie. Powiem wam w ten sposób, otóż wieczorem dnia dzisiejszego postanowiłem jeszcze raz przeczytać to co już napisałem, ale tym razem kłuł mnie w oczy prolog, ponieważ jest... no właśnie jaki? Chyba nudny najlepiej pasuje, jednak nie jestem tego pewny. Wracając do sedna, to postanowiłem je trochę zmienić i wyszła naprawdę spora zmiana. Opublikuje ją wam i mam do was prośbę, żebyście powiedzieli czy to co tutaj się pojawiło dalej ma sens, czy przez tą zmianę nie zrobił czegoś takiego, że w prologu jedna osoba umiera, ale trzy rozdziały później jakimś magicznym sposobem odżywa i wciąż kontynuuje swoją podróż po Delon.



PROLOG

            Idziemy tym tropem już drugi dzień. Wątpię, żebyśmy mogli coś znaleźć. To tylko strata czasu, a Trójszczyt gotuje się do wojny na południu. Każdy człowiek może się przydać, a cały legion zajmuje się szukaniem czegoś, czego niema.
            Ale jeśli nie ma, to co zostawiło te ślady?
            To pewnie jakieś zwierzęta. Mało ich tutaj? Tylko. Czemu, się jeszcze nie zatrzymały? Co to może znaczyć?
            -Marthan? – wyrwał mnie z zamyśleń czyjś głos – Chcesz królika, czy indyka?
            Spojrzałem w tym kierunku i zobaczyłem Dawida. Pomocnika kucharza z naszego legionu. Jego oczy wyglądają okropnie. Jedno czarne, drugie czerwone, a na dodatek te drugie przecięte. Powiedział mi kiedyś, że to wilk chciał mu je wydrapać
            -Marthan? – zapytał mnie ponownie, gdy nie uzyskał odpowiedzi – Halo, jesteś tam?
            -Bez różnicy – odpowiedziałem mu – I tak zjem.
            Spojrzał na mnie z tym jego głupkowatym wzrokiem, poczym sięgnął po królika i dorzucił do talerza.
            Ciekawe co tym razem.
            Podszedł do mnie i zobaczyłem, coś co mnie zdziwiło. Potrawka. Dziwne, po co się tak starali. Nieważne. Ważne jest to, że nie jest to po raz kolejny upieczone mięso bez smaku z prawie surowymi ziemniakami.
            Nawet dobre. Zauważyłem, że w krzakach przede mną coś się poruszyło. Rozejrzałem się wokoło. Nie tylko ja to zauważyłem. To nie mogło być zwierze. A przynajmniej nie jeleń.
            Wtedy wyszło to z lasu. Było okropnie chude i przykryte w większości jakimiś szmatami, ale także uzbrojone we włócznie, oszczepy, toporki, a niektóre także w miecze. Ja zrozumiałem na czas co to oznacza. Niektórzy niezrozumiali tego i już niczego nie zrozumieją. W jednej chwili w naszą stronę poleciały toporki i oszczepy. Jedna z nich przebiła Dawida, podobnie jak co najmniej dziesięć różnych osób.
            Strzelcy szukali swej broni, natomiast ja szukałem wzrokiem dobrego miejsca do obrony. Nie znalazłem nic lepszego niż korzenie wielkiego dębu. Pobiegłem do niego mając nadzieje, że przeżyje. Były one słabe, powolne, oraz niezorganizowane.
            Wystarczyło jednak by powalić wielu naszych. Dopiero teraz każdy rozumiał o co chodzi i albo strzelał z bezpiecznej odległości, albo walczył swoją szablą. Do mojej kryjówki podbiegł Oskar Manderlo.
            -Co to do cholery jest? – zapytał patrząc z przerażeniem w oczach.
            -Trupy – powiedziałem nie wiedząc jak – To żywe trupy. Te stwory są blisko i jeśli nie będziemy współpracować zginiemy.
            Powstałem z miejsca i przeciąłem jednego z wrogów, który przebiegał obok mnie. Zanim do mnie dotarło, że naprawdę walczę odciąłem głowę innemu truposzowi i jednemu wbiłem szable tam gdzie powinno być serce. O dziwo „zabiło” go to. Tak naprawdę nie zwracałem uwagi na to którego atakuję i po prostu ciąłem wszystkich po kolei.
            Widziałem, że wielu z nas już poległo. Ze stu ludzi zostało nas może połowa.  Jednak dalej walczyliśmy. Zobaczyłem Thomasa Ridera. Naszego dowódcę, który był w otoczony przez wielu wrogów, a mimo to wygrywał.
            Widziałem też Erica Downlea, który walczył trzymając w jednej ręce topór, a w drugiej miecz. Często jednak zmieniał tę broń. Rzucając którąś we wroga i wyrywając ją z ręki drugiego. W najwyższym punkcie stało dwudziestu strzelców, którzy ostrzeliwali z daleka trupy.
            Przez całą bitwę, co ja mówię, rzeź, walczyłem dzielnie, lecz widok śmierci towarzyszy z którymi dzieliłem kufel piwa, coraz bardziej mnie dobijał. W pewnym momencie do strzelców, którzy uratowali, lub przedłużyli innym życie dotarły te trupy. Zostało nas w tym momencie jakaś dziesiątka. Między innymi ja, Eric Downlea, Oskar Manderlo, oraz Thomas Rider.
            -Marthan! – krzyknął ostatni ze strzelców skryty na drzewie – Za tobą!
            Obejrzałem się, lecz było za późno. Kamienny toporek został wbity w moją nogę. Zdążyłem zrobić tylko to, by uratować swoje życie, ale i tak padłem na ziemię. Zobaczyłem wtedy, że głowa Devisa, wylądowała nie daleko mnie.
            Mimo że leżałem na ziemi to i tak przecinałem i „zabijałem” te potwory. Widziałem jak paru ostatnich ludzi umiera. Zostało ich tylko ośmiu, czyli Eric, Thomas, Oskar, Stary Bil, Kunik, Kasper oraz Artur. Walczyli dzielnie i nie pozwalali, żeby choćby patyk ich dotknął. Postanowiłem wykrzesać z siebie tyle sił ile mogłem, by wstać i im pomóc.
            Przeciąłem na pół jakieś siedem trupów. Wtedy zobaczyłem, że podchodzi do mnie coś co nie przypominało żadnego znanego mi stworzenie. Miało na sobie krwisto czerwony płaszcz, który z pewnością nie przybrał kolory przez barwniki. Pod nim miał czarny strój, który także miał plamy tego płynu życia. Nie widziałem jego twarzy, bo miał ją zakrytą kapturem. U pasa miał przypięte dwie szable, ale widział też przy butach dopięte rewolwery.
            Wiedziałem jednak iż nie mam szans by przeżyć tą bitwę, więc wyciągnąłem włócznie wbitą w trupa leżącego obok i rzuciłem ją w stronę tego czegoś, a następnie postarałem się jak najszybciej do tego zbliżyć, ale on nie tylko uniknął mojego rzutu, ale także lekkim ruchem ręki odepchnął mnie na dobre dwadzieścia metrów… bez dotykania. Wylądowałem pod drzewem niedaleko moich towarzyszy, jednak chyba uznali iż nie mogłem tego przeżyć, bo nie zwrócili na mnie uwagi. Czułem też że ma połamane co najmniej połowę kości. Dopiero teraz zrozumiałem jaki popełniłem błąd rzucając się na niego.
            Eric był niestety tak głupi jak ja i trzymając dwa toporki w jednej ręce, drugą rzucił oszczepem i przełożył jeden z nich do wolnej. Szybko się na niego rzucił nie dając mu czasu na chwile wytchnienia, jednak on zrobił z tym marnym kijkiem to co ze mną. Chwile później zobaczyłem strach w oczach mego towarzysza, który stracił najpierw jedną rękę, by paść na kolana z bólu, a następnie stracić swoją głowę. Teraz też zauważyłem, że oprócz jego nie ma tutaj już żadnego wrogiego wojownika.
            Ruszył teraz powolnym krokiem w stronę pozostałych żywych ludzi. Wyjął w między czasie jakąś szmatkę, by wyczyścić szable z krwi. Gdy był obok mnie zatrzymał się i przykucnął.  Zauważyłem, że ma gładką cerę i czerwone oczy, wypełnione nienawiścią.
            -Czy boisz się śmierci? – spytał mnie spokojnym głosem.
            -Tak – odpowiedziałem bojąc się.
            -A co powiesz na życie wieczne? Na możliwość przetrwania najgorszych chwil i ujrzenia przyszłości – mówiąc to położył dłoń na mojej głowie, a ja ujrzałem tysiące obrazów, różnych, dobrych obrazów – Czy się na to zgodzisz?
            -Tak – powiedziałem bez namysłu. Spojrzałem w stronę gdzie jeszcze chwile temu byli moi dawni towarzysze, lecz teraz ich tam brakło.
             

EDWIN

            -Wzywałeś mnie panie? – spytałem gdy przeszedłem przez drzwi i je za sobą zamknąłem.
            -Gdybym nie wzywał byłbyś tutaj? – odpowiedział mi pytaniem.
            Siedział na krześle z ciemnego drewna, które stało za niewielkim stołem z rzeźbionego kamienia, z pozłacanymi elementami. Stał na nim dzban z winem, oraz dwa, srebrne kielichy do niego. Ściany z pokoju były wykonane z –typowego dla tego piętra- jasnego, brzozowego drewna, natomiast podłoga z kamiennych cegieł, ale są one przykryte czerwonym dywanem, na którym przedstawiono historie Linthina I.
            -Więc po co mnie wzywałeś królu?  - spytałem go.
            -Siedem lat temu zasłynąłeś podczas buntu na południu. Broniłeś przeprawy na rzece mając tylko siedem tysięcy ludzi, w tym wielu rannych, natomiast wrogów było prawie trzydzieści tysięcy, ale to cię nie zniechęciło, bo utrzymywałeś się tam przez dwa tygodnie, odpierając szturm za szturmem – tutaj przerwał na chwile – Potem mając ledwo pięć pułków zdobyłeś stolicę buntowników i broniłeś jej przez kolejne trzy tygodnie. Inni dowódcy wciąż walczyli na pograniczu, a ty odbudowywałeś moje wpływy w stolicy regionu. Czekałeś przez dwa miesiące w tamtym cholernym pałacu posiadając ledwo trzy pułki i właśnie wtedy pierwsi dowódcy przekraczali pogranicze.
            -Dziękuje, ale nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Mógłbyś mi wyjaśnić? – zapytałem po chwili trudnej ciszy.
            -Przez pół roku wykazałeś się wielkim talentem dowódczym, oraz pokazałeś, że nadajesz się na władcę. Chciałem cię mianować na Wielkiego Hetmana Południowej Ziemi, ale wtedy straciłbym najlepszego dowódcę w kraju.
            -Więc? – spytałem go gdy nie dał jasnej odpowiedzi.
            -Co sądzisz o pomyśle Derali Gori Helede? –odpowiedział pytaniem.
            -Milion za sto FeFenzirów? Rozumiem że byłyby doskonałą bronią, ale to chyba za dużo. Skarbiec byłby pusty przez dobre dwa miesiące, a niejeden naród czeka tylko na nasz brak pieniędzy lub wojnę. Gdyby ta wieść się rozeszła większość naszych sąsiadów rzuciłaby się na nas. Ale z drugiej strony, potężna broń, która jest produkowana tylko przez nas. Z czasem znalazłoby to zastosowanie w stronie cywilnej, jako pojazdy to transportu. Moja decyzja się nie zmieni, to mądra, długoterminowa taktyka.
            Zaczęła się dosyć niezręczna cisza. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy co teraz powiedzieć. Ja przez to, że nie wiem co on o tym sądzi, a on przez to, że analizuje to wszystko.
            -Dziękuje. Proszę Cię byś powiedział komuś żeby oni do mnie przyszli. Potem przygotuj się do wyjazdu – powiedział w końcu.
            -Jakiego wyjazdu? – spytał, już stojąc.
            -Wysyłam Cię do Harrens, mianując Namiestnikiem Wschodniej Prowincji.  Chcę żebyś wyprostował naród półelfów, który tam mieszka. Ludzie zmieszali się tam z elfami, nie tak jak chcieli moi przodkowie. Możesz zabrać tysiąc ludzi, czy masz jeszcze pytanie?
            -Nie Wielki Królu, nie mam.

THOMAS

            -Jeśli się zaraz nie zatrzymamy zginiemy nie z rąk tego czegoś, a z wycieńczenia, głodu i pragnienia – mówił mi Kasper.
            Spojrzałem na niego jak na kogoś z upośledzeniem umysłowym. Zresztą coraz bardziej myślałem, że on taki jest bo dzisiaj mówi mi to po raz czwarty. Ale nic nie powiedziałem, z przyczyny oczywistej - brak sił.
            Sądziłem że za jakąś godzinę znów mi to powie, ale zacząłem się gubić z tym czasem. Sam już nie wiem czy uciekamy przed tymi istotami dzień, tydzień czy rok. Wiem jedno, za tą rzeką będziemy bezpieczni… ale już dlaczego to nie wiem.

EDWARD

            Obserwowałem z wieży mostowej jak po drugiej stronie rzeki, w świetle tysięcy ognisk malują się także tysiące zielono-błękintych plam. Od tygodnia te plamy przypuszczają na mnie szturm, a ja wciąż się bronię moimi marnymi trzema tysiącami. Wątpię czy kiedykolwiek przejdą przez tą rzekę.
            -Kapitanie, narada się zaczęła – powiedział głos zza moich pleców.
            Obróciłem się w jego stronę. Był to zwykły żołnierz, ubrany w niebieski mundur z sokołem Falconów na piersi. Przy pasie miał z jednej strony szable, a z drugiej nóż, natomiast przez ramię przewieszony muszkiet, a na plecach pewnie też plecak z amunicją. Na głowie powinien mieć półhełm, ale z jakiegoś powodu go nie miał. Po odznace wiedziałem, że jest on artylerzystą, ale mimo to jego ubiór był lekko nadszarpnięty.
            -Dziękuje – odpowiedziałem i zszedłem z wieży.
            Rada miała się odbyć w Wielkiej Sali, a przynajmniej w tym co z niej zostało. Ja jako główny dowódca muszę się tam zjawić, a oprócz mnie pojawi się dwóch oficerów i paru sierżantów. Mała armia, dużo dowódców, na każdego sierżanta przypada stu ludzi, a powinno tysiąc.
            Po drodze przechodziłem obok koszar, gdzie odpoczywała moja mała armia, a mimo że wróg nie jest w stanie zdobyć tej twierdzy, a raczej jej ruin, to wielu jest rannych, a i bez trupów się nie obeszło, choć było ich tylko kilku.
            Drzwi otworzył mi jakiś rekrut, a w środku siedzieli już chyba wszyscy. Podszedłem do swojego krzesła i zauważyłem, że wszyscy stoją.
            -Siadać – powiedział krótko. Nienawidzę gdy traktują mnie jak jakiegoś boga. Może i byli trochę zakłopotani, ale usiedli.
            -Wszyscy? – spytałem, gdy dostałem odpowiedź zacząłem. – Kończy się nam amunicja, żywność, oraz ludzie.
            -Ludzi straciliśmy dwóch – powiedział jeden z zebranych.
            -O dwóch za dużo! – wykrzyczałem
            Popatrzeli na mnie jak na wariata. Zresztą co się im dziwić, przecież dla każdego dowódca strata dwóch ludzi to nie tragedia, ale nie dla mnie. Ja szanuję i dbam o życie moich ludzi… i przez to jestem niedoceniany przez ojca.
            -Wiesz, że Seventowie stracili jakieś trzy tysiące? – spytał mnie oficer John, a był on moim najbardziej zaufanym człowiekiem w tej okolicy. Miał on kruczoczarne włosy z zielono-brązowymi  oczami, wyróżniał się spośród innych oficerów, oraz sierżantów, że nie posiadał wielu odznak, pomimo swoich umiejętności strategicznych.
            Sam nieraz staram się o odznaki dla niego, ale ani mój ojciec, ani brat tego nie chcą, a usprawiedliwiają się tym, że John jest nisko urodzony i nie ma nawet nazwiska rodowego, ale myślę, że tu bardziej chodzi, o to że to ja mu dałem tytuł oficerski, bez ich zgody.
            -Wiem i uważam to za zbyt małą ilość strat u wroga, przy naszych– odpowiedziałem mu.
            -Już wiem dlaczego nie dają mu armii – usłyszałem cichy głos gdzieś w kącie.
            Sprawdziłem kto to mówił i do kogo, lekko zerkając jednym okiem, udając, że nic nie słyszałem. Był to Harry Perker, czterdziestoletni blondyn o błękitnych włosach, ale do kogo mówił, nie jestem w stanie stwierdzić.
            -Sierżancie Perker, jeśli nie możesz pojąć czemu najlepszemu dowódcy w kraju nie dają armii musi być z tobą naprawdę źle – powiedział mu John, ale mimo że był po mojej stronie, czułem że to nie do końca prawda.
            -Ale oficerze, ja nic takiego nie mówiłem – próbował się usprawiedliwiać.
            Zarówno w jego głosie, jak i jego oczach nie było pewności. John też to czuje.
            -Jakbyś miał choć trochę honoru to byś się przyznał, do błędu i błagał o wybaczenie – mówił John.
            -Jasne, wybacz jaskółko, że mówię o tobie prawdę - powiedział z irytacją Harry - a ty ptaszku pamiętaj o ruszaniu skrzydłami – dodał z chytrym uśmieszkiem.
            Nazwał mnie jaskółką, ze względu na moje podobieństwo do matki, która była z rodu Erlenów, która miał właśnie jaskółkę w herbie. Ptaszkiem nazywa się ludzi Falconów, a to żeby nie zapomniał o ruszaniu skrzydełkami, to pewnie dokuczanie mu z powodu szybkich awansów.
            Niektórzy sądzą, że dostaje je przez jego romans ze mną, co jest oczywiście fałszem. Miałem nadzieję, że się powstrzyma i na niego nie rzuci. Gdyby nie Jon, który ich powstrzymał pewnie by go zabił. Zaraz do rozdzielenia ich doszli inni. Walka zaczęła istnieć nawet wśród tych, którzy chcieli tylko pomóc.
            -Dosyć! – krzyknąłem, a wszyscy obrócili głowy w moją stronę po czym znów zaczęli szarpaninę – Jeśli się zaraz nie opanujecie jutro użyję was jako kul armatnich!
            Tym razem zadziałało i się uciszyli, ale wiedziałem że nie na długo.
            -Odejść – powiedział już spokojniej.
            Gdy John próbował odejść powiedziałem:
            -Ty zostajesz.
            Wykonał moje polecenie i gdy ostatni wyszedł chciał zamknąć drzwi.
            -Zostaw, pójdziemy w inne miejsce – powiedział.
            Kiwnął tylko głową na znak, że się zgadza i poszedł za mną, a sprowadziłem go do wieży bramnej. Lubiłem to miejsce, bo stąd świetnie widać drugi brzeg rzeki, gdzie stacjonuje dwudziestotysięczna armia Seventów.
            Właściwie to ten fort był tylko długim murem nad rzeką, ale zadanie tego muru było ogromne, gdyż broni on „jedynego” mostu na Leoanie, rzece która jest tak jakby wielką fosą broniącą Falcon Town, siedziby mojego rodu.
            Ojciec uważał, że utrzymanie się tutaj jest niemożliwe, więc postawił mnie jako dowódcę garnizonu i dał trzy tysiące ludzi, którzy w większości byli rekrutami.
            A ja mu dałem czas na ewakuację cywili, zebranie wojsk i zapasów, oraz solidne okopanie się w mieście, a w ewentualności – na wyspie. Dałem mu powód, że jednak nie jestem nieudacznikiem.
            -Wiesz, że w końcu ściągną tutaj posiłki? – spytałem po chwili cichego siedzenia i obserwowania horyzontu.
            -Zdaję sobie sprawę, kapitanie. Wiem, że musimy tutaj zginąć, bo plan nie zakłada odwrotu, a walkę do końca.
            Jeszcze raz spojrzałem na horyzont. Wiedziałem, że gdzieś tam maszeruje kolejna taka armia, ale już nie tylko Seventów, ale też Lensterów i Landknehtów, a także wielu innych mniejszych rodów. Jeśli połączą się z tą armią przegramy bezsprzecznie. Chyba, że…
            -Za ile mają wrócić zwiadowcy? – spytałem szybko.
            -Nie wiem, ale w przeciągu dwóch dni powinni – odpowiedział mi – Przecież to nic nam nie da, dowiemy się tylko kiedy umrzemy…
            -Nie. Dowiemy się kiedy musimy stąd odejść.

THOMAS

            Przeszliśmy przez rzekę, a nawet ukryliśmy się między drzewami, ale wciąż sprawdzałem czy nas nie gonią. Z tamtego lasu uciekło nas prawie pięćdziesięciu, a jest teraz nawet nie dziesięciu, bo zaledwie sześciu.
            Oczywiście ja, a także Kasper – trzydziestosześcioletni brunet, z jasno zielonymi oczami, był on kiedyś medykiem polowym, więc to żeby przeżył leży w naszym interesie, bo jako jedyny z nas wie jakiej rośliny użyć do jakiej rany, a także wie co można zjeść, żeby jutro znów się obudzić.
Dalej był Stary Bill, właściwie to nie jest on stary, bo ma jednak dwadzieścia siedem lat, ale nazywamy go tak, ponieważ  dał swojemu synowi takie samo imię, chociaż może jego siwe włosy nadały mu ten przydomek. Był dobrym żołnierzem, a dokładnie strzelcem.
Najbardziej polegałem jednak na Oskarze Manderlo – dwudziestosiedmioletnim blondynem, o czerwonych oczach, jak niektórzy mówią - oczach władcy Trzynastego Kręgu Cierpienia. Jestem do niego przywiązany, bo razem wstąpiliśmy na służbę wojskową i był moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Jest także najlepszym szermierzem jakiego znam.
Polegałem też na czterdziestodwuletnim zwiadowcy o imieniu Kunik, a przez swój wiek, dawniej kruczoczarne włosy ustępowały białym nitką. Był ślepy na jedno oko, ale to nie przeszkadzało mu w byciu świetnym zwiadowcą.
A ostatnim ocalałym był trzydziestodwuletni brunet o niemal złotych oczach i uśmieszkiem, który stwarzał dziwny… czy ja wiem? Strach… Miał na imię Artur, a jego nazwiskiem rodowym było Lin. Takie samo jak nazwisko pierwszych władców Lintherinu, a on był ostatnim znanym i pewnym jego członkiem.
Po chwili Kunik krzyknął, że oni są po drugiej stronie rzeki. Szybko się zerwaliśmy z miejsc. Spojrzałem jeszcze na Artura, którego uśmieszek mógł mówić, że to on ich tu nasłał. Szybko uciekliśmy z tego miejsca, ale tylko chwilę później zaczęliśmy słyszeć galop koni. Mieliśmy o tyle łatwiej, że byliśmy w lesie, bo w takim miejscu łatwiej jest biec niż jechać.
-Jaskinia. Szybko! – krzyknął Kunik. Czasami mi się zdaje że na starość zmysły się wyostrzają.
Ukryliśmy się tam, a stukot kopyt ucichł. Siedzieliśmy w ciszy jeszcze chwile, dla pewności.
-Może poczekamy tutaj dłużej – zaproponował Oskar.
To mądra decyzja, ale jednocześnie głupia, może nic nie wskazuje, że mieszka tu jakieś zwierze, ale jednak istnieje zagrożenie,, którego nie mam zamiaru podejmować. Tak samo myślał Kunik i Kasper, a Staremu Billowi wszystko obojętne, bo on chce po prostu jeszcze pożyć.
Był już wieczór, a teraz ciemność, jest dla nas zbawieniem i zgubą. Chociaż bardziej upierałbym się przy tym drugim, to że my nie widzimy w ciemnościach, nie oznacza, że oni też.
Mamy wystarczająco jedzenia, a i tak będziemy je bardzo oszczędzać, ponieważ czasu na polowanie będzie mało. Chyba że szybciej skończy się nasze życie niż zapasy.
Podróżowaliśmy w ciągłym strachu przez całą noc, a przynajmniej do momentu kiedy nogi nam jeszcze działały. Gdy pierwszy z nas padł na ziemie, postanowiliśmy zarządzić postój. Sądziłem że gdy się obudzimy, już nie będę żył, ale jednak.
Wziąłem jakiś patyk i starałem się narysować mapę na piasku, ale niezbyt się udawała. Na dodatek, gdy jako tako byłem już w stanie rozpoznać co jest gdzie, to on po prostu musiał.
-A co to za rysunki? – spytał mnie Artur przechodząc przez nią. Myślałem, że go uduszę, niemal się na niego rzuciłem, ale jakoś się opanowałem. Z trudem, ale jednak.
-Ty… ty –próbowałem mówić.
-Ty… Co? – zapytał mnie ze swoim uśmieszkiem. Jeszcze te jego złote oczy.
Chciałem wyciągnąć szable, ale już nie względu na Artura, a na to co stało za nim.

EDWIN

Poprzez narzucenie szybkiego tempa byliśmy już w połowie drogi do Harrens, a minęły dopiero dwa tygodnie. Co jak co, ale pół tysiąca ludzi nie porusza się tak jak jeden i trochę nam to zajmie.
Dziwnie się czuje podróżując w tak małej, a jednocześnie tak dużej kompanii po Wielkich Równinach, czyli najniebezpieczniejszym regionie Lintherinu. W tej porze roku kręci się tu pełno ludzi, więc łatwo na kogoś napaść, a możnowładcy tej krainy nie mają zamiaru użyczać chłopstwu straży. Co jest oczywiście ogromnym błędem, przez to że właśnie stąd pochodzi większość żywności najpotężniejszego imperium cywilizowanego świata.
Chciałem oddelegować część moich ludzi do ich ochrony, ale powstrzymywali mnie moi oficerowie. Mówili, że to nie w naszym interesie leży ich bezpieczeństwo, a zwłaszcza że sami potrzebujemy ochrony. Jakoś się na to zgodziłem, ale obiecywałem chłopstwu, że dostaną ochronę wcześniej czy później, ale dostaną.
Większość domostw w tym regionie była zbudowana z drewna, oraz cegieł, choć nie wiem czy to naprawdę były cegły. Dach był zrobiony ze słomy, ale gdzieniegdzie także ceglany. Zdecydowanie najuboższy region tego potężnego cesarstwa. No, nie licząc kolonii za morzem.
            Ale na szczęście za pięć dni powinniśmy zostawić go za sobą i wejść na Wschodnia Prowincję, piękną krainę z wieloma lasami i rzekami. Właśnie tam znajduje się cel naszej podróży, czyli Harrens. Nigdy tam nie byłem, ale o nim czytałem, więc wiem czego mógłbym się tam spodziewać i oprócz Derali Gori Helede, nie ma tam raczej nic ciekawego.
            Nim to jednak nastąpi miną pewnie dwa następne tygodnie

SANNIS

            Z góry Czarnej Baszty doskonale było widać całe miasto i jego okolice. Zawsze tu będąc byłem spokojny, ale oczywiście ktoś musiał to przerwać. Szybko i głośno otworzył drzwi, dając mi znak o swojej obecności.
            Odwróciłem się w jego stronę. Był ubrany w szmaragdowy mundur wojskowego, a po braku odznak sugeruję się tym, że jest zwykłym rekrutem, który zapewne jest wykorzystywany w postaci marnego posła. W naszym wojsku panują surowe zasady, ale są też mniej okrutne, jak przycinanie ludzi na krótki włos.
            Przy sobie miał tylko miecz, więc nie dali mu nawet tarczy, lub łuku i strzał. Bieda tego kraju jest niemożliwa, patrząc trochę na wschód do  Republiki Alibamy. Tam nawet najbiedniejsi ludzie mają własne straże domowe złożone z dobrze wyszkolonych najemników, często właśnie stąd.
            -Lordzie – zaczął mówić ze strachem. Już wiedziałem po co przyszedł.
            -Wyjdź – powiedziałem – I przekaż mu moją opinie.
            Wyszedł niemal tak szybko, jak wszedł, ale już o wiele ciszej. Nie wiem co próbował tym na początku osiągnąć.
            Jeszcze raz popatrzałem na Błotnistą Zatokę, tak został nazwany najbogatszy region z tego całego ubóstwa… i to mi przypadł zaszczyt zostanie jego władcą. Od siedemnastu lat staram się naprawić beznadzieją sytuację, ale to niemożliwe. Trzy tysiące lat bezkrólewia całkowicie nas zniszczyło, a chłopi zdążyli się przyzwyczaić do ucieczki stąd gdy tylko jest to możliwe.
            Mamy wiele ziem, ale nie mamy rąk do jej uprawy, ale on obiecuje, że to zmieni. Chce w to wierzyć, ale to teraz naprawdę niemożliwe. Nieważne jak bardzo by się starał ten kraj już upadł i nie ma dla niego ratunku.
            Możnowładcy już od dwóch tysiącleci sprzedają ten kraj sąsiadom, a prości ludzie zaciągają się jako najemnicy w armiach naszych wrogów. Złoto jest mniej warte niż bochenek czerstwego chleba, a świeży jest przeznaczony tylko dla tych najbogatszych, czyli też mnie.
            Jednak robienie głupot, które mogą się udać jest lepsze niż nie robienie nic. Z innej strony zabieranie już nielicznych rąk do pracy i dawanie ich do wojska może być jeszcze głupsze.
            Widziałem stąd jak nieliczni chłopi, którzy jakoś tu zostali ciężko pracują przy naprawie bramy, która zawaliła się dwa księżyce temu. Jest tu nas tak mało, że nie mamy jak załatwić tak ważnych spraw.
            Popatrzałem na las, który spłonął rok temu przez małą liczbę ludzi, a także na od dawna nieużywany port w którym jest zwodowanych dwanaście fregat, albo ich wraków. Mury miejskie nie byłyby wstanie ochronić jego mieszkańców, zarówno przez liczne dziury, jak przez nieistniejący garnizon.
            Dać mu ludzi, czy nie? To pytanie nieprzerwanie nurtuje mnie od jednego księżyca, kiedy to po raz pierwszy zjawili się jego ludzie. Wciąż dawałem niejasną odpowiedź, że jestem lojalny wobec królestwa i korony, ale on nie był królem, a to nie było królestwo.
            Wobec czego mam być lojalny, jak nie mam komu? Sprzedać swe ziemie sąsiadom i mieć nadzieję na lepsze jutro? Może spróbować walczyć tak jak on mnie prosi? Zbyt dużo pytań, za mało odpowiedzi.
            Zszedłem ze szczytu wieży do swojej samotni, by jeszcze raz przejrzeć rachunki i listy. Większość to zwykłe skargi na niekompetentny rząd, czyli mnie. Ostatnio jedyne co mnie dziwi to skąd chłopstwo umie pisać.
            Chodziłem po samotni, mając nadzieje, że uda mi się coś wymyślić, ale niestety to nie przychodziło zbyt łatwo. Wiem, że z samymi kobietami dalibyśmy radę stać w miejscu, ale mi chodzi o to byśmy się rozwijali.
             Nie wiem nic i nie jestem w stanie tego zmienić. Podobnie jak nie mogę odbudować nieistniejącego kraju. Muszę odpocząć i później się tym zajmę.

EDWARD

            Pomimo tego, że po murze biegało setki moich żołnierzy było tutaj bardzo pusto. Zwiadowcy nie wrócili a wróg dostał posiłki i zaopatrzenie, więc postanowił nas szturmować po raz kolejny, ale tym razem mogą wygrać. Mam honor, więc ja się nie poddam… ja nie, ale moi ludzie mogą otrzymać ostatni rozkaz z moich ust, który każe im się przegrupować poza fortem.
            Wysłałem paru jeźdźców, którzy zwołali wszystkich oficerów, na ostatnią naradę w czasie kolejnego szturmu. Sam też muszę się tam zjawić, dlatego schodzę z murów, widząc jak kolejne pociski wroga starają się trafić w odpowiednie miejsca, a to było trudne ze względu na względnie duże odstępy między stanowiskami artyleryjskich.
            Już wcześniej mieli dwukrotną przewagę ogniową, ale teraz mają czterokrotną, więc jakoś co trzydziesty pocisk trafia tam gdzie ma. Mieliśmy mały medyków, jeśli można ich było tak nazwać, ponieważ tak naprawdę nie mieli żadnego doświadczenia w tym co robili.
            W końcu jednak doszedłem do sali gdzie zwołałem swych oficerów. Tym razem sam otwierałem te drzwi, ale mi to odpowiadało. Przez to że jestem szlachcicem wszyscy chcą mi usługiwać i wkupić się w łaski mojego domu, ale nic im nie wychodzi, bo ojciec mnie nie cierpi, więc ich starania są na nic.
            Spojrzałem na nich wszystkich. Wszyscy byli mi bardzo lojalni, mimo że wiedzieli iż będąc tu w końcu zginą. Wielu z nich stało się moimi przyjaciółmi, więc trudno mi to przychodziło, ale nareszcie się zebrałem i wszystko im powiedziałem.
            -Najpierw chciałbym wam podziękować, za to że nie uciekliście, a wierzyliście w naszą sprawę i moje umiejętności dowódcze, ale dzisiaj musimy się rozstać. Nie chcę żebyście tutaj zginęli a tym bardziej w niewoli. Wiem też że ucieczka i dezercja to wielka plama na honorze, więc chce wydać wam ostatni rozkaz. Zabierzcie swoich ludzi i odejdźcie stąd jak najdalej. Ja się poddam.
            Niektórzy patrzeli się na mnie jakbym zwariował, co było dla mnie dosyć pewne, ale było też paru takich którzy jakby czekali aż to powiem. Wiedzą, że nie zostaną obwinieni za ucieczkę, bo wykonywali ostatni rozkaz szalonego kapitana, a gdybym ja to jakoś przeżył i stanął przed swoim ojcem to zostałbym pozbawiony głowy… przez własnego rodziciela.
            Pierwszy odezwał się John, czyli mój jedyny prawdziwy przyjaciel
            -Nie możesz, przecież bez ciebie nie mamy najmniejszych szans na zwycięstwo.
            -Jeśli umrę to nie macie szans, ale jak przeżyje to jakieś są. Dlatego chce się poddać –wytłumaczyłem mu. On jednak z pewnością nie jest głupi i wie że mogę uciekać z nimi, ale reszta nie powinna się zastanawiać. Przynajmniej tak mi się zdaje, bo od paru tygodni ja za nich myślę, więc może jeszcze nie zaczęli używać swoich głów, albo nie zaczną teraz.
            -Odmaszerować i odejść – powiedział i sam szybko wyszedłem. Wcześniej zebrałem dwudziestu ludzi którzy poddadzą się razem ze mną, mam tylko nadzieję że nie zechcą ich zabić.
            Szybkim krokiem poruszałem się w kierunku wieży bramnej, by stamtąd obserwować koniec tej bitwy, ale gdy próbowałem wyjść z budynku zadali mi ostatnie pytanie.
            -Dokąd mamy uciec? – spytał John
            -Sam wiesz gdzie – powiedziałem mu z nadzieją, że zrozumie.
            Wyszedłem z komnaty tylnymi drzwiami i skierowałem się do wyznaczonego wcześniej celu, ale gdy tylko wyszedłem na główną ulicę usłyszałem głos, który do mnie mówił.
            -Zatrzym się, odepnij pas z szablą i połóż go na ziemi – kazał mi, więc z całą pewnością za późno dałem rozkaz…

JOHN

            Założyli mi opaskę na oczy, więc z początku nic nie widziałem, czułem jednak, że prowadzą nie tylko nas, a całą armię. Błędem było nie zostawiać żadnych dowódców na murze.
            Po jakimś czasie rzucili mnie na kolana i zdjęli mi opaskę z oczu jednak ręce dalej miałem związane, a broni mi nie oddali, ale to było oczywiste. Byłem na placu przed bramą i mostem na drugą stronę, a razem ze mną setki innych żołnierzy.
            Obok mnie dali kolejnego człowieka, ale nie zwykłego bo samego kapitana Edwarda Falcona. 
            -To był błąd – powiedział, gdy zorientował się że jestem obok.
            -Za który pewnie zapłacimy życiem – dopowiedziałem.
            Rozglądałem się czy jest jakaś szansa by stąd uciec. Niby była, bo na każdego wrogiego żołnierza, przypadało co najmniej pięciu naszych, ale jest ich jeszcze więcej tutaj i po drugiej stroni. Przynajmniej tak mi się wydaje.
            -Wiesz co się stanie jak zginiesz? – spytałem kapitana.
            -Mój ojciec przegra. Tak wiem o tym, że nie mamy szans, ale nawet ze mną są one niewielkie. Wiesz, że buntowników jest z dnia na dzień coraz więcej, a siły lojalistów się wykruszają. To przykre, ale prawdziwe – odpowiedział mi.
            Jest inny od ojca czy brata. To on jest sokołem, a nie oni i to on jako jedyny zasługuje na tron. Nie tylko na ten rodowy, ale i całego Imperium. Jednym z dobrych argumentów jest to że jako pierwszy od czterech tysięcy lat ma kruczoczarne włosy i zielone oczy. Symbol rozpoznawczy dla Falconów z dawnych lat kiedy byli królami, a nie książętami.
            Wtedy to sokoły zaczęły się wiązać z smokami, wężami, czy krukami, żeby wkupić się w ich łaski i dostać jakiś sojuszników na wypadek rebelii, które w tym kraju wybuchały bardzo często, ale żadna nie zadała takiego ciosu jak aktualna, a to dopiero początek i będzie więcej ofiar, oraz zniszczeń.
            -Kiedy? – spytałem go czytając mu w oczach.
            -Wczoraj, dwudziestu ludzi z najszybszymi końmi w obozie. Myślę, że to im pomoże.
            Przewidział to. Albo się ubezpieczał. To jest teraz mało ważne, dobrze że to zrobił, bo mogłoby się to skończyć gorzej, a tak mają czas by uciec z miasta… Tylko gdzie? Mogą do Czernigrodu Emprów, ale tam nic nie jest pewne, a bezpieczniej by było w Złotej Przystani Goldów, ale nie mamy tam wielu przyjaciół. Inną opcją jest Dorzecze Karlych, ale jest ono zagrożone atakiem z trzech stron, więc łatwo zmienią stronę.
            Tylko Stary Sokół jest zbyt głupi by zrozumieć, że coś nam może tam grozić i przyjmą nas z otwartymi ramionami, bo potrzebują żołnierzy, ale chłopstwa już nie… Nie mogą ich zabić, a z pewnością nie podczas wojny.
            Mogę wytwarzać broń, albo orać pole, lub nawet wstąpić do wojska. Jest dla nich wiele zajęć… ale nie w oblężonym mieście. Tam czeka ich śmierć od broni, albo z głodu. Lord Falcon nie jest, aż tak głupi by tam płynąć.
            Z jakichś pięciuset naszych ludzi, ciągle było wyprowadzanych paru, a następnie byli wprowadzeni, ci których zabrali wcześniej, ale nie zawsze w takim stanie w jakim byli przedtem. Z pewnością ich przesłuchują.
            Gdy przyszło tutaj trzech żołnierzy przez moment się nad czymś zastanawiali.
            -Ten jest sokołem – powiedział, który pewnie był kimś wyższą rangą. – Bierzcie go.
            Sądziłem, że wezmą Edwarda, ale zamiast tego podnieśli z klęczek mnie.  Czy są aż takimi głupcami, że nie mogą rozpoznać jednego z najbardziej znanych ludzi po tej stronie Imperialnego Morza?
            Mimo to nic nie mówiłem, a wymieniłem się spojrzeniem z prawdziwym sokołem.
            Po bokach miałem po jednym strażniku, natomiast za mną szedł jakiś podpułkownik, który trzymał podniesiony rewolwer, celujący we mnie. Zaprowadzili mnie do lordowskiej samotni, a raczej do budynku, który był nią jak jeszcze był tu lord kasztelan, oraz kiedy to miejsce było wiecznie obsadzone.
            Do środka, razem ze mną wszedł podpułkownik, ale nawet on nie wszedł do samej samotni, gdzie prawdopodobnie oficer, lub generał sprawdzał papiery. Ręką nakazał mi usiąść, ale nic nie mówił. Nawet nie podniósł oczu by zobaczyć kto wszedł.
            -Powiedz mi Edwardzie, jak mogłeś się tutaj utrzymać mając ledwo pięciuset ludzi, przez ponad półtorej miesięcy? – spytał po chwili, nie odrywając wzroku od papierów.
            Czyli dał radę, a przynajmniej w połowie, ale kto wie, jakie ma jeszcze sztuczki w pogotowiu.
            -Jestem wybitnym strategiem – odpowiedziałem, mając nadzieję, że nie połapie się kim jestem.
            -Tyle też wiem, ale nie mogę zrozumieć jak pięciuset ludzi, mogło odpierać szturmy dwudziestotysięcznej armii – powiedział generał. To pewne, że to on dowodził ostatnim szturmem. Jest z siebie bardzo zadowolony.
            -Pańscy poprzednicy nie byli tak kompetentni jak pan – wyjaśniłem, starając się mu podlizać i uśpić jego czujność.
            Znowu zamilczał i zapatrzył się w raporty. Pewnie miał nadzieję, że zobaczy coś co potwierdzi, że nie było nas tutaj pięciuset, a dziesięć- dwadzieścia- tysięcy. Nic jednak nie znajdzie, bo wszystkie raporty były kłamane. Falconowie byli kiedyś geniuszami strategii, a Edward przywrócił tą tradycje po wielopokoleniowej przerwie.
            Nic nie mówił, więc rozejrzałem się po komnacie, a była ona w większości pusta. Gdy wchodziło się do środka, po lewej stronie była szafa z raportami, a na centralnie na środku była ława, za którą siedział ten generał, a ja naprzeciw jego.
            Widziałem też rewolwer na stoliku obok regału. Strzał byłby jednak zbyt głośny i szybko by mnie znowu złapali, zresztą żywy jest więcej wart. Wystarczy tyko poczekać aż ruszą na Falcon City. Jeśli Edward naprawdę się postarał i nikt się nie do wie o pozostałych.
            -Możesz iść – powiedział w końcu – Przynajmniej na razie.
            Ne mu nie odpowiedziałem, tylko wstałem i wyszedłem z pokoju. Odprowadzono mnie z powrotem na plac, gdzie czekał razem z innymi. Byli na tyle dobrzy, że dali nam wieczerze, podczas gdy sami ją jedli, więc mogliśmy trochę swobodniej rozmawiać.
            -Spełniłeś swoje zadanie – powiedział mi Edward siadając obok, z miską owsianki w ręku.
            Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, bo nic mi wcześniej nie mówił o jakimś zadaniu. Jednak nim zadałem pytanie, znowu się odezwał.
            -Mam teraz nowe. Domyśliłeś się, że musisz udawać Edwarda Falcona? Nie odpowiadaj – dopowiedział nim zdążyłem coś powiedzieć – Musisz udawać jak najlepiej, a zwłaszcza przed moim ojcem. Będą chcieli za Ciebie okup, a jak dobrze pójdzie to pojawisz się nie przed nim tylko przed moim bratem. On zrozumie, więc się nie martw, gorzej jeśli to ojciec będzie wymieniał „mnie” na okup.
            -Przecież on Cię zna – powiedziałem, dziwiąc się, że to przeoczył.
            -No właśnie. Będzie niepewny do mojego planu… istnieje też ryzyko, że nie będzie chciał mnie odzyskać. Inni lojaliści wtedy uderzą i będą mnie chcieli, jako dowódcę do armii. Zdajesz sobie z tego sprawę?
            -Tak, niestety. Jednak ciekawi mnie co ty będziesz wtedy robił?
            Na chwile zamilczał, już zacząłem myśleć, że o tym nie pomyślał, ale jednak się odezwał.
            -Dobre pytanie, na które chciałbyś znać odpowiedź. To jednak nie czas na to. Obiecuję ci jednak, ze kiedyś się dowiesz.
            Powiedział to w taki sposób, że już nie drążyłem tematu, a w spokoju jadłem to co nam dali. Gdy Edward wstawał powiedział mi tylko:
            -Kiedyś się jeszcze spotkamy. Kiedyś…
            Ani tego dnia, ani następnego go już nie widziałem. Potem zabrali mnie razem z armią, by ewentualnie wymienić mnie kiedyś za okup.



Teraz tak patrząc uświadomiłem sobie na jakim momencie skończył się wasz podgląd. Może choć paru ludzi to zatrzyma na tej stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz